"(...) nagle można było złapać ich za łeb" - wywiad z uczestnikiem Powstania Warszawskiego

W jaki sposób został Pan żołnierzem Armii Krajowej i ile miał Pan wtedy lat?

Trafiłem najpierw w 1943 roku do Harcerstwa Polskiego, inaczej nazywanego Hufcami Polskimi. Istniało ono obok Szarych Szeregów. Dziś do niego nawiązuje ZHR. Miałem wtedy 14 lat (w czasie Powstania miałem 15 lat). Stało się tak z uwagi na to, że ja, i tu muszę być nieskromny, byłem doskonałym organizatorem. Poza tym, nawet w szkole, zawsze pełniłem funkcję gospodarza klasy, miałem takie instynkty wodzowskie, o jakich pisał Kamiński w swojej książce Kamienie na szaniec.

Ale dlaczego trafił Pan właśnie do batalionu Gustaw?

W związku z tymi moimi predyspozycjami, mimo młodego wieku, trafiłem do batalionu harcerskiego, do kompanii harcerskiej Gustaw. Batalion Gustaw przed przyłączeniem do AK należał do Narodowej Organizacji Wojskowej. Harcerstwo Polskie było "przedszkolem" tejże organizacji - tak jak Szare Szeregi w strukturze AK, tak jak Harcerstwo Polskie w strukturze NOW-u. Byłem bardzo młodym chłopakiem, aż wstyd mówić.

Jednak chyba dobrze, że młodzi ludzie mieli w takim stopniu wykształconą świadomość narodową, że potrafili wziąć udział w tym wielkim zrywie narodowym?

Oj i tu byśmy podyskutowali...

Nasz przewodnik po Muzeum Powstania Warszawskiego bardzo chwalił właśnie młode osoby, które przyczyniły się do Powstania, chociażby pracą w drukarni.

Oczywiście, oczywiście, to jest w ogóle ogromna sprawa... tylko widzicie, czym jestem starszy, tym mam więcej różnych wątpliwości. Zginęło mnóstwo ludzi. Kiedy tu przychodzę (na Powązki - przyp. red.), to jestem chory, jak popatrzę na te moje koleżanki i kolegów. Tyle lat... No i co? Militarna klęska, zniszczone miasto, dobra kultury... ale rzeczywiście, kapitalny sukces moralny... Tylko czy my dzisiaj, abstrahując od przekonań politycznych, potrafimy z tego skorzystać? W społeczeństwie, w was jest cała nadzieja, wy jesteście przyszłością i wasze następne pokolenia, dlatego tak chętnie rozmawiam z młodymi ludźmi .

Czy uważa Pan, że otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego jest słusznym pomysłem?

Absolutnie tak, absolutnie tak. Tym bardziej, że w kierownictwie tego muzeum są młodzi ludzie, 30, 40 - latkowie najwyżej. Mają kupę pomysłów, im się po prostu jeszcze chce coś robić. Wszystko jest pokazane w sposób nowoczesny, z wykorzystaniem współczesnej technologii i chyba to robią właśnie dla was, dla młodzieży. To nie to, co tradycyjne muzeum, gdzie jak człowiek idzie, to patrzy na gablotę i nie może niczego dotknąć, a tu właśnie wszystko może. Myślę, że to miejsce, chyba właśnie dlatego robi tak duże wrażenie, bo jest inne. Powstanie to powstanie, ale forma ekspozycji to zupełnie inna sprawa.

Dużym atutem jest też jego dostępność eksponatów i forma przekazu...

To muzeum absolutnie się sprawdziło. Ono się będzie rozrastało dalej.

Gdzie Pan walczył, w jakich akcjach brał Pan udział?

Ja zaczynałem tu, niedaleko... potem Stare Miasto, kanały, Śródmieście... no i byłem ranny. Widzicie, akcje... to trudno powiedzieć, ja byłem za młody, żeby brać udział w tych poważniejszych. No pewnie, człowiek gdzieś tam strzelał i butelki z benzyną rzucał.

Z jakim nastawieniem ludności cywilnej Pan się spotykał?

Na przykład, na początku, tak około 6 sierpnia, byłem z kolegą na Woli, po chleb. Tam wtedy trwała rzeź, ale i tak spotkaliśmy ludzi, którzy proponowali: "Chłopcy, słuchajcie, zupy zjecie?" No pewnie, że zjedliśmy. Ludność wtedy siedziała w piwnicach i nas do tych piwnic zaprowadzono. Potem to już inaczej wyglądało...

A jak Pan teraz, z perspektywy czasu, myśli o Powstaniu?

Powstanie... fajnie, wszystko fajnie, tylko czy znowu, tak się tym powstaniem bezkompromisowo chwalić? Rzeczywiście, kapitalna rzecz, największa bitwa partyzancka w Polsce, a pewnie i w Europie. Tylko, że jak Rosjanie zajęli Pragę, to i tak już wtedy stało się jasne, że guzik z tego. Z kolei potem, kiedy przyleciały fortece amerykańskie i zaczęły się zrzuty broni, myśmy myśleli, że to dywizja spadochronowa generała Sosabowskiego. A tu nic...

W wielu źródłach czytałyśmy, że wielu Powstańców uznaje ten czas za najlepszy okres w swoim życiu. Jak jest w Pana przypadku?

Słuchajcie, młody człowiek, myślę, że was też to dotyczy, lubi przeżywać przygody. Dla nas to była swoistego rodzaju przygoda. Przecież cały ten czas, 5 lat okupacji to były skryte walki z Niemcami, cały czas, i tu nagle można było złapać ich za łeb. Są biało - czerwone opaski, są flagi na domach. Oczywiście, to była rzecz, którą się przeżywa raz w życiu. I to, co ja mówię, to mówię z perspektywy starego człowieka. Dzisiaj to już zaczynam pewne sprawy analizować, ale gdyby ktoś zapytał mnie po Powstaniu "Po co to", to bym mu uszy odgryzł.

Jakie były Pana losy po Powstaniu?

Uciekłem, nie poszedłem do niewoli. Mnie to tak w ogóle pies uratował życie, ale to jest już na inną historię. Uciekłem. Potem byłem w Warszawie, która 17 stycznia 1945 roku została zajęta przez wojska radzieckie i wojsko polskie. Wcześniej zatrzymałem się 30 km pod Warszawą u przyjaciół moich rodziców. W sierpniu 1945 roku wróciłem na stałe do miasta. Odnaleźli się moi rodzice. Siostra mojej matki miała duże mieszkanie, więc można było tam się ulokować. Potem poszedłem do szkoły, do Batorego. Właśnie tam, gdzie wszystkie te "baczyńskie, nie-baczyńskie". Jak zobaczyłem na murze plakaty z napisem "AK: zapluty karzeł reakcji" to przecież chciałem tym, co to powiesili, głowy urwać. W związku z tym, że miałem taki charakter, to w parędziesiąt osób skrzyknęliśmy się na terenie warszawskich szkół średnich i założyliśmy niepodległościową organizację konspiracyjną. Tak dotrwałem do lutego 1947 roku, kiedy przyjechali po mnie i zabrali ze sobą. W Warszawie, na Pradze, jest takie bardzo znane miejsce, ul. Cyryla i Metodego, gdzie mieścił się Miejski Urząd Bezpieczeństwa, stąd powiedzenie: "Cyryl jak Cyryl, ale te metody". Potem miałem pokazowy proces, w którym byłem głównym oskarżonym, uchodziłem za wroga publicznego. Proces odbył się w czerwcu 1947 roku i to właśnie były najgorsze czasy. Dostałem 5 lat, w tym 2 lata pozbawienia praw obywatelskich. Wywieziono mnie do Wronek. Przesiedziałem całe 5 lat, nawet dzień dłużej, bo zapomnieli mnie wypuścić. Wyszedłem, wróciłem do Warszawy. Pozbawienie praw obywatelskich nabiera mocy po wyjściu z więzienia, więc u mnie trwało to do roku 1952. W roku 1954 dostałem powołanie do wojska. Było to o tyle dziwne, że zgodnie z ówczesną konstytucją, służba wojskowa była prawem i zaszczytem, więc jaki to zaszczyt, skoro byłem wrogiem publicznym nr 1. Tak więc trafiłem do wojska. Wtedy marszałek Rokossowski stworzył tzw. Wojskowe Bataliony Górnicze. Właśnie takich jak ja, przydzielano do tych batalionów. Pojechałem do Sosnowca, a potem do Dąbrowy Górniczej. Pracowałem 800 m pod ziemią. Jak wyszedłem z wojska, zacząłem myśleć o szkole. I tak to już się potem dalej toczyło.

A teraz stoję tu i wam opowiadam...

Gosia Krawczak kl. 2d

Natalia Skrzypek

Agnieszka Leśniak